Każde polskie dziecko dobrze wie, że najwyższą górą w Polsce są Rysy. A przynajmniej za moich szkolnych czasów wiedziało, podobnie jak tom że w Australii najwyższa jest Góra Kościuszki - to z lekcji geografii, i że Kościuszko wielkim Polakiem był (to z historii). Naiwnie być może, zakaładam że wiedza ta tak łatwo z łepetyn nie wietrzeje i że znajomość tych faktów jest w polskim narodzie powszechna. Zapytałem więc wczoraj Julię, moja australijską współlokatorkę jaka jest najwysza góra w jej kraju, chcąc sprawdzić jak też Australijczycy radza sobie, z karkołomnym przecież dla anglosaskich języków nazwiskiem wodza spod Racławic i na ile mają świadomość wkładu naszego rodaka Edmunda Strzeleckiego (jeszcze trudniejsze do wymówienia) w odkrywanie ich kontynentu. Po dłuższym namyśle, przerywanym okrzykami "Nie podpowiadaj" otrzymałem odpowiedz:
"Mount Kozjosko! Right?". Dobrze, że wcześniej ktoś mnie już uprzedził, że australiska wymowa nazwiska Kościuszko, mocno odbiega od polskiej bo naprawę trudno byłoby sie domyślić, że mowimy o tym samym szczycie. Pytam więc dalej "No dobrze, niech bedzię Kozjosko, ale czy wiesz skąd wzieła sie ta nazwa?". Niestety, nie wiedziala, ale kiedy zaczałem uświadamiać ją, że to Polak Strzelecki nazwał tak tę górę na cześć naszego narodowego bohatera, Julia radośnie wrąciła "A, to ten od Szczezleki Range!".
I tak to na Antypodach Kosciuszko zostal Kozjoską, Strzelecki Szczezlekim, a Piotr Pioterem.
środa, 30 stycznia 2008
wtorek, 29 stycznia 2008
Własnie mija trzeci tydzień ....
No właśnie, już trzeci tydzień mija jak po wyczerpującej podróży dotarłem na Antypody. Zapewniam wszystkich, że świat nie stoi tu na głowie, choć tak mogloby sie wydawać patrząc na wszystkie mapy i globusy, jak również, że (na całe szczęście) jadowite węże i pająki nie czają sie za każdym źdzbłem trawy. A tyle się naczytałem i nasłuchałem przed przyjazdem do Australii o wielości sposobów na które można tu "naturalnie" zginąć lub zwijać sie z bólu. Prawdą jest, że główne moje źródło danych trudno zaliczyć do naukowo-rzetelnych : "Down Under" Billa Brysona, jest niewątpliwie zabawną, ale troche podkolorowaną opowieścią. Fakty mówią same za siebie: z dziesieciu najbardziej jadowitych wężów świata osiem żyje w Australii. A razem z nimi kilka smiertelnie jadowitych gatunków pająków oraz najbardziej wogóle toksycznym zwierzę na ziemi meduza box jellyfish z trzymetrowymi naszpikowanymi super toksycznym jadem parzydełkami. Że już nie wspomnę o rekinach, słonowodnych krokodylach, skorpionach, jadowitych stonogach, ślimakach ... trudno sie dziwić, że stawiając moje pierwsze kroki w Sydney, bardzo dokładnie przyglądałem się gdzie stąpam żeby przyadkie nie nadepnąć na jakiegoś jadowitego przedstawcila austrliskiej fauny. To jest do momentu kiedy dotarłem do mojego tymczasowgo domku i poznałem Julię ....
Podobny przypadek miałem kiedyś w boliwijskiej Amazonii - przyjechaliśmy do przystani nad rzeką - jak to a Amazonii mętną i zapewne pełna piranii i kajmanów - żeby załadować sie na łódzie i popłynać wgłąb dżungli. Panowało niezłe zamieszanie, bo jednoczesnie pakowało sie kilka "ekspedycji" kilka wracało już do cywilizacji, inne podobnie jak moja dopiero szykowało sie do wyruszenia. Nagle słychać plusk - ktoś wpadł do wody. Wszyscy nowoprzybyli zamarli w na makabryczną scenę która zaraz miała sie rozegrać ... A tu nic, żadnych krzyków, żadnych piranii, nikt nie rzuca sie na ratunek, a wogóle to ten ktoś wcale nie wpadł do wody tylko wskoczył sobie popływać. Bo przstań to takie cywilizowane miejsce gdzie można, i wszystkie piranie i kajmany wiedzą że tu ludzi tykać nie wolno.
A wracając do Sydney, przychodzę ci ja do domku w którym wynajmuję pokój, witam sie Julia (właścicielką domku), ogladam pokój, kuchnie, łazienkę, ogródek i po chwili dociera do mnie, że Julia chodzi beztrosko stąpa sobie po mocno zarośnietym ogródku, ... boso! No po tygodniu ja też sie odważyłem.
Tyle na poczatek. Dodam tylk że jest lato, ocean jest błękitny, pracę znalazłem w ciagu tygodnia i jeszcze nie zacząłem uprawiać surfingu.
A i jeszcze zdjęcia:
Podobny przypadek miałem kiedyś w boliwijskiej Amazonii - przyjechaliśmy do przystani nad rzeką - jak to a Amazonii mętną i zapewne pełna piranii i kajmanów - żeby załadować sie na łódzie i popłynać wgłąb dżungli. Panowało niezłe zamieszanie, bo jednoczesnie pakowało sie kilka "ekspedycji" kilka wracało już do cywilizacji, inne podobnie jak moja dopiero szykowało sie do wyruszenia. Nagle słychać plusk - ktoś wpadł do wody. Wszyscy nowoprzybyli zamarli w na makabryczną scenę która zaraz miała sie rozegrać ... A tu nic, żadnych krzyków, żadnych piranii, nikt nie rzuca sie na ratunek, a wogóle to ten ktoś wcale nie wpadł do wody tylko wskoczył sobie popływać. Bo przstań to takie cywilizowane miejsce gdzie można, i wszystkie piranie i kajmany wiedzą że tu ludzi tykać nie wolno.
A wracając do Sydney, przychodzę ci ja do domku w którym wynajmuję pokój, witam sie Julia (właścicielką domku), ogladam pokój, kuchnie, łazienkę, ogródek i po chwili dociera do mnie, że Julia chodzi beztrosko stąpa sobie po mocno zarośnietym ogródku, ... boso! No po tygodniu ja też sie odważyłem.
Tyle na poczatek. Dodam tylk że jest lato, ocean jest błękitny, pracę znalazłem w ciagu tygodnia i jeszcze nie zacząłem uprawiać surfingu.
A i jeszcze zdjęcia:
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
